Wczorajszy dzień miał być fajnym relaksem tzn. pobudka o 5:00 i o 9:00 wchodzimy na szlak na Babią Górę,wracamy ok 17:00 i mamy czas dla siebie,niestety życie miało dla nas inną wersje.
Planowo rozpoczeliśmy wyprawę Zawoja Markowe-Szczawiny,zielonym szlakiem do schroniska na Markowych (1180m n.p.m.),trasa pokonana książkowo 1:30, mimo dużej ilości świeżego śniegu. W nowym schronisku zjedliśmy fasolkę po bretońsku,zagrzaliśmy się i wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w drogę na Babią Górę.
Gdy dochodziliśmy do szczytu pogoda się znacznie pogorszyła,widoczność była zerowa, wiał lodowaty wiatr z prędkością grubo ponad 100km/h z każdej strony, na twarzy odczucie jakby setki żyletek cieły skórę.
ja i Michał
Na szczycie Babiej Góry spędziliśmy zaledwie kilka minut żeby zrobić sobie fotki i nabrać sił na dalszą walkę z wiatrem. Podjęliśmy 3 próby zejścia ale za każdym razem kończyło się porażką, sił ubywało, a pogoda się trastycznie pogarszała,dlatego postanowiliśmy bez zastanowienia wykonać telefon ostateczny-GOPR!
Grupa babiogórskiego gopru dotarła do nas po ok.40min. chociaż w warunkach jakie mieliśmy trwało to całą wieczność!
Naoglądałam się za dużo filmów,wyobrażałam sobie,że po telefonie nagle zjawi się nad nami czerwony helikopter,na linie zjedzie ratownik,przypnie nas pojedyńczo do siebie,wciągnie na pokład i po kilku minutach będziemy grzać odmrożone dupki w siedzibie gopru ale to tylko na filmach, no i pogoda była tragiczna.
Byliśmy poubierani jak na plan wycieczki odpowiednio,dobre buty,bielizna termoaktywna,polar i ciepła kurtka no i czapy i rękawice, termos z herbatą,czekolada ale z uwagi że byłam babeczką dostałam od jednego z goprowców-pana Szafy jego kurtawę która była taka cieplutka,że w tych warunkach była jak zbawienie, mój Miś oddał mi swoje rękawiczki bo moje dwie pary już zamarzły na maxa.
ja zmarznięta na kość po godz.15:00
Miś
Po tym jak gopr napoił nas ciepłą herbatką i czekoladą zaczeliśmy schodzić w stronę Krowiarek, a więc w inną stronę niż mieliśmy auto ale to nie było ważne, bo wkońcu chodziło o nasze zdrowie. Schodziliśmy od tyczki do tyczki,mieliśmy zgarnąć po drodze 3 inne osoby które poległy i w międzyczasie też wezwały ratowników,trasa się niesamowice przeciągała,robiło się ciemno, sił było coraz mniej ale ze świadomością,że idziemy z ludźmi którzy wiedzą gdzie idą humory nam dopisywały.Pogoda była dramatyczna i już nawet goprowcy zgubili szlak.Zaufali gpsowi i poszliśmy bardzo ciężką trasą,śniegu po same cycki,zapadaliśmy się,nogi grzęzły między choinkami co dodatkowo osłabiało nasze wymarznięte ciała.W pewnym momencie panowie podjęli drastyczną decyzję wracamy kawałek i do góry pod stromą górę, a za nami było już tylko urwisko.Wtedy złapał mnie dół spowodowany wyziębieniem,zmęczeniem i brakiem nadzieii,że wyjdziemy z tego prędko.Na szczycie okazało się że wyszliśmy idealnie na szlak,cała grupa zareagowała nadzwyczaj entuzjastycznie,ale niestety widoczna była tylko 1 tyczka i co dalej!?!
Panowie z gopru przez ok.3h starali się znaleźć dalszy szlak, niestety bez efektu.My grupą 6 osób staliśmy za jakimiś choinkami które minimalnie chroniły nas od silnego wiatru.Padł pomysł rozpalenia ogniska ale nie dało rady.Staliśmy gadając o głupotach i milczeliśmy.W tym momencie kłębiły się różne myśli w głowie dotyczące sytuacji, życia,priorytetów,marzeń, wszystkiego.
W takiej sytuacji człowiek docenia maleńkie rzeczy których w codziennym życiu nie dostrzega.Nigdy tak się nie bałam o mojego Miśka jak wtedy,był dużo cieniej ubrany niż ja,twarz miał fioletową,pokrytą lodem,zmarznięty na kość, bez rękawiczek bo oddał mi swoje które już w tym momencie były zamarznięte, a mimo tego ciągle mnie wspierał i nie pozwolił mi się poddać.
W końcu goprowcy postanowili wezwać wsparcie, na pomoc wyruszyło 2 ratowników z Zawoji i po kilku z Suchej Beskidzkiej,Szczyrku i Cieszyna, akcja na całego. Czas oczekiwania na tych ludzi ciągnął się strasznie, mnie zaczynały brać zakwasy,dopadało zimno i zmęczenie,oczy się same zamykały.Gdy po dłuugim czasie zobaczyliśmy światła idące w naszym kierunku było to jak światło w tunelu w kieruku którego trzeba się kierować,znowu przyszła nadzieja, że już za chwilę będziemy w ciepłym autku i dotrzemy szczęśliwie do domku.Ratownicy uraczyli nas różnego rodzaju herbatkami,dużą ilością czekolady co dało niezłego kopa organizmowi.W tej chwili mieliśmy jakies 45min do zakończenia tej całej akcji.Nowe grupy ratownicze dołączały do nas na trasie,wyposażone w gorące herbatki,słodycze,zapasowe ubrania i kupę optymistycznego podejścia do nas.Zejście przebiegło szybko i sprawnie,nie było łatwo,trasa oblodzona pokryta grubą warstwą śniegu ale „biegliśmy” jak szaleni z myślą, że na dole będzie już cudownie,bez tego wrednego wiatru.Na dole byliśmy ok 23:30,można powiedzieć,że zejście było bajedzne mimo rozwalonego kolana i zmęczenia
Podsumowując byliśmy 26h w ruchu, z czego ok 15h w samym śniegu, ma się tą kondyche hehe <żarcik>
Na dole czekali już na nas pozostali goprowcy z nowymi zapasami twixów,delicji,kawy,herbaty
Tutaj już tylko spisali nasze dane ,my grzecznie podziękowaliśmy za ogromny wisiłek włożony w akcję,oddaliśmy nieswoje rzeczy i razem z parą która razem z nami ocalała wróciliśmy do samochodu.
Wzywając gopr obawialiśmy się ich reakcji na nas, tzn myśleliśmy,że dostaniemy wykład na temat odpowiedzialności i ochrzan
Ochotnicy gopru okazali się niesamowitymi ludźmi, z pełnym poświęceniem wykonywali swoje obowiązki,wspierali nas i nie pozwalali myśleć, że może coś pójść źle.Poza tym pochwalili nas za to, że od razu wezwaliśmy ich, a nie czekaliśmy na ostateczność, bo ponoć ludzie reagują nieodpowiedzialnie i wzywają ratowników późnym wieczorem, będąc poza szlakiem, kiedy możliwości szybkiego odnalezienia drastycznie się zmniejszają.
W tym momencie chciałam podziękować bardzo mojemu mężowi „Miśku mimo tego,że fizycznie było Ci 100razy zimniej cały czas mnie wspierałeś i dbałeś o moją kondycje psychiczna.Wielkie dzięki kochanie!”
Dzięki też Michałowi który z nami szedł, że troszczył się o to żeby było mi ciepło ;)
Wielkie dzięki wszystkim sekcjom gopru, które uczestniczyły w akcji ratunkowej na Babiej Górze w dniu 13.03.2010r
Na domiar złego,po drodze do domu czekała nas jeszcze jedna „akcja”,na chodniku zauważyliśmy kolesia który cieniutko ubrany leżał na śniegu,więc zatrzymaliśmy się wzywając pogotowie,na szczęście po ocenie lekarza okazało się, że facet żyje.
Dzień okazał się bardzo ciężki,ale bogaty w nowe doświadczenia,nauczyliśmy się każdy czegoś o sobie i drugiej osobie, a Babia Góra hm jak to Diablak pokzała swoje pazurki.




